|
|
|
|
Więckowskiego 34 wyn(at)urzenia.pl -1 wyn(at)urzenia.pl -3 |
Prolog Żal będzie mi opuszczać ten kraj nad Wisłą. Żal nie z tego powodu, iż żyło się w nim lekko i dostatnio, co oczywistą bzdurą jest, lecz dla takiego aktywisty jak mnie taki obszar działania, tyle pilnych tematów do naświetlenia, tyle ludzi bez nadziei pomocy wyczekujących, że nieprędko pogodzę się z nowym losem. Bo i cóż mnie czeka?! W Anglii czeka już na mnie w miarę dobrze płatna i nie ciężka praca, z lotniska odbierze mnie znajomy i od razu zakwateruje, w ciągu miesiąca mam sobie wybrać mieszkanie i ściągnąć resztę rodziny. Również dla nich wszystko już podobno przygotowane: miejsce w przedszkolu, zapis do szkoły i praca dla nie znającej angielskiego żony od ręki oraz gwarancja pełnego pakietu socjalnego w razie potrzeby. No tak, ale nie każdy ma znajomych, którzy specjalnie pofatygują się na kontynent, do Wrocławia, po przeczytaniu w Internecie o sposobie postępowania władz z obywatelami, którego zostałem przypadkowym uczestnikiem. Sposób przedstawienia materiałów, choć drastyczny, miał mieć swoją wymowę. Została ona jednak przez moich znajomych opacznie zrozumiana: nie walczę o łamanie moich praw, nie uskarżam się na niezwykle ciężkie warunki mojego życia. Bo i tak nie jest... Walczę o prawa współobywateli, współwięźniów (o czym szerzej w dalszej części), o prawo dziecka do godnego życia bez uzależnienia od statusu społecznego rodziców, itd. A kim ja jestem? Krótki rys postaci prowadzony własnymi słowami w tonie patetycznej gloryfikacji... Nikim. W każdym razie w opinii osób słabo mnie znających... W opinii znajomych moja postać nabiera jak sądzę kolorytu: wariat, szaleniec, przemądrzalec lub chodząca encyklopedia, zwykle bez powodu „szczerzący michę” (pracodawca nazywa to „głupkowatym uśmieszkiem”), ale również osoba, do której w przypadku problemów wszyscy zwracają się po poradę, interwencję, bądź pociechę... Generalnie jednak frajer, który nawet ewidentnie wykorzystywany zaciska zęby i odprowadza bliźniego bez potrzeby o to proszącego (w myśl nauk Jezusa). Nie zawsze jednak tak było. Wcześniej starałem się tak, jak inni: pracowałem ponad siły, by coś zdobyć... Czy to chodziło o zdobycie stabilizacji, czy o zakup własnego mieszkania i wygodnego auta (udało się jedynie krótkotrwale to drugie), czy o „zapewnienie przyszłości” własnym dzieciom, by nie musiały przedzierać się przez życie tak, jak ja, czy o podniesienie swojej pozycji społecznej - już nie ma znaczenia. Tego typu myślenie przeminęło wraz z kwietniem 2003. Nastąpił we mnie pewien przełom, jakże brzemienny znaczeniowo przełom duchowy, w którym świat niematerialny inteligentnie przemówił. I jak to zwykle bywa w takich sytuacjach w koszuli o niewspółmiernie długich rękawach odprowadzono mnie na przymusową hospitalizację. Poczucie misji jest jednak od tej pory dużo silniejsze od dawki leków (a bywały i końskie), więc wszelkie medyczne próby zintegrowania mnie z „normalnymi” ludźmi kończą się notoryczną klęską służb medycznych (muszę tu jednak przyznać na korzyść lekarzy, że nie zawsze - delikatnie mówiąc - stosuję się do ich zaleceń). Oświadczenie wydane przez zespół niezwykle uczonych lekarzy o zakwalifikowaniu mnie do umiarkowanego stopnia niepełnosprawności ze względu na chorobę psychiczną (schizofrenia paranoidalna) to nie dokument, którego należy się wstydzić, to przepustka do robienia rzeczy, na które „normalny” nigdy by się nie odważył. Może obcy, nie znający mnie, zarzucą mi impertynencję, wtrącanie się w nie swoje sprawy, podejmowanie się działań skazanych na niepowodzenie. Wystarczy jednak pomachać orzeczeniem i powiedzieć, nie wczuwaj się tak, ja od tego jestem, tu mam pisemne upoważnienie... Oczywiście, jak na rasowego wariata mam własną wizję świata, świata bez pieniądza z ludźmi się szanującymi i kochającymi. Wizja owa jest bardzo szczegółowa: poprawia model atomu, wyjaśnia zasadę powstawania pola grawitacyjnego i magnetycznego, nadprzewodności, konstruuje fizyczną definicję czasu, teorię bezkresnego wszechświata, powstawania kontynentów i ich dryfu, wahań ekliptyki, cyklicznych potopów itd. itd. itd. Dotyczy niemal każdej dziedziny nauk, więc jest dla mnie wystarczająco wariacka, by mogła okazać się prawdziwą, tym bardziej, że w owym świecie zjawisko przemijania traci na aktualności. Niestety, wyłącznie dla mnie. Bestseller, który napisałem został mi zwrócony przez wydawnictwo (ryzyko finansowe ponieśli znalezieni przeze mnie sponsorzy) niemal w całym nakładzie (kilka egzemplarzy zakupiłem sam). Może nie jest to zachęcające dla początkującego literata, jednak zauważyłem, że w miarę pisania sposób formułowania myśli zaczyna się wygładzać, wprowadzanie tekstu do komputera staje się coraz szybsze, a zdania trafniejsze. Postanowiłem w miarę wolnego czasu doskonalić sztukę pchnięcia słowem na różnych forach internetowych, co owocowało różnym skutkiem w zależności od mojego zaangażowania emocjonalnego w temat. Sprawa mieszkańców kamienicy przy ul. Więckowskiego, to pierwszy z większych tematów, które mam zamiar nagłośnić i opisać. Już nie dla wzbogacania kunsztu retoryki, lecz dla czystej walki o ten mój świat, niech on się w końcu zacznie. Zaangażowanie emocjonalne jest tu niepodważalne z racji zaproponowania przez Urząd Miasta tego slumsu moim dzieciom. I choć powinienem się jedynie uśmiechnąć z politowaniem i odmówić po spotkaniu z lokatorami tam przekwaterowanymi poczułem zew krwi. Szczęśliwy w moim przypadku, nieszczęśliwy dla innych splot wydarzeń skierował mnie do tego miejsca, o którym muszę przyznać pojęcia nie miałem. Dzisiejsze wydarzenia w Biurze Paszportowym, telefony z informacjami o innych takich miejscach, to wszystko znaki niebios, to wewnętrzny imperatyw działania. Opis sytuacyjny Nasza prywatna sytuacja jest w gruncie rzeczy mało istotna. Ot, taki splot wydarzeń, jak to w życiu: problemy rodzinne + przemoc fizyczna w domu = przymusowa emigracja. Matka ze mną i siostrą odeszła najpierw do swoich rodziców, agresja ojca nie dawała żadnej nadziei, a po krótkim czasie stancje, stancje, ciągle nowe stancje. W międzyczasie rozwód rodziców, podział majątku (sprawa I Co ***/00 w naszym Sądzie Rejonowym dla Wrocławia-Krzyki ciągnie się już zdaje się 18-sty rok wliczając całość procedury) której końca nie widać. Nie mówiąc o tym, iż w międzyczasie na mocy amnestii postępowanie w sprawie ciężkiego pobicia żony i dziecka z użyciem przedmiotów niebezpiecznych (drąg i siekiera) zostało umorzone... trwałego uszkodzenia ciała sąd już nie umorzył... Nic to... jak mawiał Wołodyjowski. Żonę poznałem na Studium Ekonomicznym, które miało być licencjackie – po immatrykulacji okazało się jednak inaczej. Może nie tak drastyczne, łączyły nas jednak trudne relacje rodzinne, szybko ku naszemu (mojemu) zaskoczeniu utrwaliły się w postaci synka. Bez doświadczenia było trudno: Urząd Miasta odmówił przyjęcia wniosku mieszkaniowego opierając się na jakiejś podstawie proceduralnej. Nawet po przyjęciu wniosku czas oczekiwania jak wiecie wynosi ponad 20 lat, więc zabieganie o samo przyjęcie wniosku nie warte było poświęceń. No i walka o przetrwanie: praca po 100 h tygodniowo, żeby utrzymać rodzinę, ciągłe zmaganie się z przeciwnościami, z wynajmującymi mieszkania komunalne pijaczkami, czy recydywistami. Założyłem działalność gospodarczą by zmaksymalizować zyski, dalej jednak nie wyrabiałem się z opłatami – nasz ukochany ZUS dbając o swoje interesy miast prolongować spóźnioną wpłatę dowalił ekstra karę – trzykrotność składki. Aż w końcu coś pękło, nie tędy droga, nie przyszedłem na ten świat by walczyć o bezsens. „Buddyjskie” oświecenie w zakładzie zamkniętym – przywiązany do łóżka, zakneblowany... Ale jakże się opłacało, teraz wiem że żyję, teraz wiem dlaczego i w jakim celu tu jestem i dla kogo. We mnie początki pracy organicznej, to ja moją postawą wskazuję kierunek, wskazuję wartości ważne i w zasadzie jedyne istotne. To mnie „życie” kieruje w newralgiczne punkty naszej rzeczywistości, bym mógł je zbadać, bym znalazł rozwiązanie problemu. Nie przejdę koło leżącego bez sprawdzenia, czy leży z własnej woli... Brzmi wystarczająco psychotycznie? No..., mam nadzieję... ;) „Choroba” była odpowiednim panaceum – nigdy bym lepiej sobie życia nie zaprojektował - zmusiła osoby ciągnięte przeze mnie do ciągnięcia mnie. Nie odbyło się to z mojej woli, nie dopuściłby do tego, gdybym mógł, lecz efekt jest niesamowicie pozytywny... uzyskanie samodzielności i rozluźnienie więzów zależności. Teraz w zdecydowanie większym wymiarze mogę zająć się istotnymi dla mnie sprawami. Tak to się złożyło w końcu, że żaden członek mojej rodziny nie posiada z formalnego punktu widzenia koniecznego, stałego meldunku (brzmi dość PRL-owsko). Mogę więc z autopsji podać dyskomfort życia bezdomnego:
Warto też dodać, że problemy nie kończą się na wyżej wymienionych. Często początkowo następuje ustna odmowa, dopiero po wyciągnięciu dyktafonu i prośbie o wyraźne powtórzenie decyzji sytuacja się zmienia. Urzędnik broni się jak może, zakazuje nagrywania itd. Zgodnie z art. 267 KK możemy jednak nagrywać własne rozmowy i jeśli nie stanowią tajemnicy państwowej/firmy dowolnie je rozpowszechniać. Zgoda rozmówcy nie jest wymagana, tym bardziej osoby publicznej. Wzywaj sobie więc Policję, Papieża i kogo tylko chcesz... Nagranie jest naszą jedyną bronią – bezczelny urzędnik jest w stanie wyprzeć się każdego słowa, gdy nie dysponujemy materiałem dowodowym. Dużym powodem tego całego zamieszania są bardzo mało rozgarnięci politycy przez nas wybierani. Obsadzają oni ważne stanowiska swoimi promotorami. Rzadko kiedy osoby takie z powołania do służenia społeczeństwu zasiadają w kluczowych fotelach: rozgrywka dotyczy politycznego układu sił, odpraw, pensji i w dużej mierze korupcji. I jeśli na górze walka toczy się o majątki, tak na dole urzędnicy dostają pensje głodowe; jedyną ich rekompensatą jest namiastka władzy nad obywatelem, którą na każdym kroku manifestują. Ciemniejszą stroną całej sprawy jest fakt, iż przedsiębiorczy, dobrze wykształcony człowiek nie pójdzie marnować czasu za niemal najniższą krajową. A ktoś biurokracją się przecież zajmować musi... Werbowani więc do administracji pracownicy nie grzeszą nadmierną kulturą osobistą, zaangażowaniem w pracę i poziomem świadczonych usług. Nie muszą przecież... Polska więzieniem W pewnym sensie jest jak w sentencji. Często to bardziej jednak więzienie emocjonalne; już raz próbowałem wyjechać na stałe, podjąłem naukę na Ludwig-Maximilians-Universität w Monachium, próbowałem się zaaklimatyzować. Spotkałem się tam jednak ze sporą wrogością wobec cudzoziemców i sporym formalizmem prawnym, wróciłem z bagażem doświadczeń. Teraz próbuje ponownie w Wielkiej Brytanii. Od kilku lat namawiają mnie znajomi na wyjazd opisując nierealnie sielskie życie. Wysokie dotacje prorodzinne, mieszkaniowe, zabezpieczenie socjalne w razie trudnej sytuacji życiowej, ba, tam podobno nie trzeba być sąsiadem, bądź rodziną kierowniczki przedszkola, by zapisać dziecko, w co w Polsce ciężko uwierzyć. Podobno można w razie choroby bezproblemowo dostać się do internisty, bez stania w kilkugodzinnych kolejkach wraz z szukającymi rozrywki towarzyskiej emerytkami. Tam podobno potwierdzeniem pobytu (naszym meldunkiem) jest adres podany w oddziale banku, czy na NIP-ie (weryfikacja jest banalna). Wszelka, znana z kraju nad Wisłą, papierologia okazuje się niepotrzebna, żonglowanie idiotycznymi świstkami bezcelowe... cała ta kretyńska biurokracja ograniczona do niezauważalnego niemal minimum. Muszę to koniecznie zobaczyć, nie wierzę, że tak też można żyć... Mój pradziadek Kot był przedwojennym aktywistą społecznym. Prababcia opowiadała o symbolicznym pogrzebie: zebrano kilka łopatek żwiru/popiołu z chodnika w Auschwitz i odprawiono mszę żałobną grzebiąc prowizoryczną urnę. Tłumaczyła mnie, wówczas jeszcze dziecku, że nie ma znaczenia, czy w zebranym materiale były fizycznie pierwiastki dziadka – ważny jest symbol, symbol bezsensownej śmierci, śmierci jednakże w imię szczytnych i ważnych ideałów. Pomódl się dziecko, mówi, za tych szaleńców, którzy to uczynili. Bo to im teraz modlitwa potrzebna, nie dziadkowi... Prababcia Kot już nie żyje, nie żyją już moi dziadkowie, jeńcowie pracy przymusowej, którzy po wyzwoleniu z zapałem odbudowywali nasz kraj. Dziadek Szewczyk, ideowy komunista, umarł zgorzkniały. Prawdziwie wierzył w świat należący do pospólstwa, wierzył w możliwość zbudowania komunalnego społeczeństwa, społeczeństwa szczęśliwego. Jakże wyśmiewany z powodu zaślepienia ideami w dobie rodzącej się „Solidarności”, przez niektórych znienawidzony, choć przecież nie należał do struktury uprzedniej władzy; czynnie działał jedynie przy wydobyciu kamienia – jakże jaskrawy przykład bezinteresownego poświęcenia, budowniczy nowej Polski Ludowej, budowniczy wydobywający w pocie czoła w kamieniołomie budulec murarzom, budowniczy, który umarł na zawodową pylicę... A Polska dalej w gruzach... Czyim państwem jest więc Polska? Czy od pokoleń walczący przodkowie to nie moja scheda? Czy nie jestem zstępnym tych ich ideałów, za które umierali? Czy to nie moje psychiczne więzienie, z którego uciec ciężko? Psychiczne więzienie znajduje poparcie w dzisiejszym formalizmie: chcę, muszę opuścić Polskę – czeka na mnie gotowe życie w ludzkich warunkach i przyjaznym humanitarnie kraju. I tu nie chodzi o mnie; mogę mieszkać i po klatkach, na dworcu, u „brata Alberta”. Mam dwoje dzieci, nie mogę ich zmuszać do walki o moje ideały – muszę wyjechać... Chcę, muszę, ale nie mogę... nie przysługuje nam możliwość wyrobienia paszportów. Niby jestem wolny, lecz... wewnątrz więzienia... (rozmowa z urzędnikiem Biura Paszportowego w materiale dźwiękowym wraz ze stenotypem na stronie http://schwalk.org/wyjazd ) Tymczasem zegar tyka odmierzając czas do przymusowej eksmisji pod kuratelą i zapewne przy czynnym udziale Stróży Prawa, co zapowiedziała urzędniczka Urzędu Miasta Wrocławia (materiał dźwiękowy http://schwalk.org/wieckowskiego ) do lokalu zastępczego (galeria zdjęć pod tym samym adresem internetowym). Zapobiegliwi urzędnicy w trosce o dobro obywateli... przekwaterowują... z walącej się kamienicy... do „bezpiecznego”... lokalu mieszkalnego... Niestety nie mogę cytować źródeł mówiących o co tu chodzi, aby nikomu nie zaszkodzić. Ale, jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o... (Kościół Katolicki?)... PS. Swoją drogą domena urzenia.pl jest wolna. Może ktoś ją poprowadzi?!? Materiału pod dostatkiem...
|
|---|---|
|
web site contents © copyright David Schwalk, All rights reserved |
|